Archive for the ‘Archiwa z Pami?tajcie Nas!’ Category

Do zobaczenia znów za rok

Monday, September 2nd, 2002

Drużyna Towarzystwa Żużlowego Łódź w ostatnim meczu przed własną publicznością wygrała z Iskrą Ostrów.

W składzie gospodarzy pojawił się Maciej Jąder, który przeprosił się z działaczami. Wcześniej zarzucono mu brak wyników, na co odparł, że nie musi jeździć. Zgoda nastąpiła w samą porę. Dla Jądera mecz z Iskrą był prestiżowy, bowiem jeździł w Ostrowie w poprzednim sezonie.

TŻ Łódź – Iskra Ostrów 50:39

Składy i punkty

TŻ Łódź: Fierlej 10, Zywertowski 10, Rembas 9, Jąder 9, Padowski 7, Lisiak 5

Iskra: Gjedde 12, Łęcki 11, Kowalski 6, Mardanszin 4, Latosi 4, Kwiatkowski 2

Po trzech wyścigach było już 13:5. Łodzianie utrzymywali przewagę przez całe spotkanie. Gospodarze dysponowali wyrównanym składem, a w drużynie gości ścigali się tylko dwaj zawodnicy.

Łódzkiej publiczności przypomniał się Charlie Gjedde, który występował w Łodzi w czasach J.A.G. Speedway. Był najlepszym zawodnikiem gości i pewnie by zdobył więcej punktów, gdyby nie wykluczenie w ostatnim starcie. Gjedde był zawodnikiem duńskiej drużyny, która wywalczyła srebrny medal mistrzostw świata.

Pozostałe wyniki: Gwardia Warszawa – ŻKS Krosno 55:35, TŻ Lublin – Wanda Kraków 69:16. Tylko Łukasz Loman przyjechał do Lublina ze sprawnym motocyklem. Zadaniem Wandy było dojechać do mety, ale nie wszystkim się udawała. W jednym z biegów był wynik 3:0 dla gospodarzy (wykluczenie i dwa defekty), ale to dla kibiców z Lublina nie pierwszyzna, bo pamiętają już wyścig na… 0:0. Pauzował Śląsk Świętochłowice

1. Lublin 10 16 +114

2. Ostrów 10 14 +79

3. Warszawa 10 14 +86

4. Łódź 11 12 +71

5. Krosno 11 10 +50

6. Kraków 10 6 -20

7. Świętochłowice 10 0 -261

XIII runda drugiej ligi (15 września): Śląsk Świętochłowice – TŻ Łódź, Iskra Ostrów – TŻ Lublin, Wanda Kraków – Gwardia Warszawa, pauzuje ŻKS Krosno.

Autor artykułu: (jusz)

RKS Radomsko – Piotrcovia 1:1 (0:1)

Monday, September 2nd, 2002

Trudno było uwierzyć po pierwszym kwadransie, że z wyjątkiem Rafała Dopierały, Sebastiana Tomasiaka i Andrzeja Dziuby piłkarze RKS wiosną grali w pierwszej lidze. Ich rywale wprawdzie bez Bogusława Wyparły, Tomasza Lenarta, Jacka Kubickiego i Przemysława Kaźmierczaka kopali zaledwie w trzeciej lidze.

Piotrcovia zaczęła mecz w brazylijskim stylu: dryblingi, piętki, taniec na piłce, zmiana tempa gry, wymienność pozycji, słowem „bajka”. Wydawało się, że obrońcy RKS mają nogi z drewna.

W 9 minucie po zagraniu Artura Prokopa, Adrian Klepczyński miał kłopoty z opanowaniem piłki. Najlepszy na boisku Michał Łabędzki, po zwodzie dośrodkował tam, gdzie chciał, a rozpędzony Przemysław Kaźmierczak z 10 metrów kopnął efektownie z powietrza, ale pomylił bramkę do piłki nożnej z bramką do rugby.

Paweł Magdoń nie miał podobnych kłopotów. Po krótko rozegranym rzucie wolnym przez Janusza Dziedzica, obrońca Piotrcovii strzelił z 30 metrów i piłka wpadła w okienko bramki gospodarzy. „Tak ładnego gola nie zdobyłem jeszcze w karierze” – przyznał piłkarz po meczu.

Piotrcovia atakowała nadal i po zagraniu Michała Łabędzkiego piłka trafiła do stojącego tyłem do bramki Janusza Dziedzica. Ten oszukał Tomasza Borkowskiego, zagrywając piętą, ale piłka otarła się tylko o zewnętrzną część słupka.

W końcówce pierwszej połowy gospodarze zrobili sobie ostre strzelanie, ale po uderzeniu głową Andrzeja Dziuby piłkę odbili obrońcy, dobijający Radosław Kowalczyk trafił w… Jarosława Latę, a Bogdan Jóźwiak w jednego z rywali.

Po przerwie piłkarze Piotrcovii wypracowali i zmarnowali dwie okazje. Kazimierczak grał konsekwentnie i oczywiście przestrzelił, a wprowadzony po przerwie Hubert Robaszek, dla odmiany trafił w poprzeczkę.

Piłkarze Piotrcovii słabli z minuty na minutę. W końcówce meczu okazało, Piotrcovia ma fantastyczną drużynę, ale do minifutbolu. W piłce nożnej pięcioosobowej mecze trwają dwa razy po 20 minut. Gdyby spotkanie było rozgrywane w takiej formule, goście wywieźliby z Radomska trzy punkty. Mimo zmian, co drugi piłkarz gości powłóczył nogami. Drużyna RKS widząc co się dzieje, zaczęła atakować.

Jednak nie wszyscy wiedzieli, jak przedostać się z piłką pod pole karne rywali. Bogdan Jóźwiak i Radosław Kowalczyk harowali za czterech. Bronili, atakowali, podawali i strzelali. Brakowało im wsparcia innych zawodników.

Gol padł jednak po zagraniu Jarosława Laty, który dośrodkował z rzutu rożnego, a Marcin Folc strzelił głową do siatki. W przedostaniej minucie gospodarze zmarnowali szansę na strzelenie zwycięskiej bramki.

Autor artykułu: Mariusz Goss

Druga szansa dla dłużników

Saturday, August 31st, 2002

2 września rozpoczyna się druga już akcja Łódzkiego Zakładu Energetycznego, pozwalająca dłużnikom pozbawionym dopływu prądu na zawarcie nowych umów na dostawę energii. Dotychczas z szansy skorzystało 764 łodzian.

– Według naszych szacunków, dłużników pozbawionych energii, którzy mogliby skorzystać z oferty, jest znacznie więcej – twierdzi Lucjan Beźnicki, kierownik wydziału zbytu ŁZE. – Nie wiem, dlaczego dotychczas się nie zgłosili, ale kolejna akcja adresowana jest właśnie do tych osób. Nie muszą się spieszyć – mają czas do końca roku.

Przypomnijmy, że osoby pozbawione prądu z powodu długów albo nielegalnego poboru, mogą podpisać „warunkowe” umowy z ŁZE. W zamian za zobowiązanie do regularnego płacenia bieżących rachunków, mogą liczyć na nieodpłatne i natychmiastowe podłączenie prądu, zawieszenie spłaty długu na rok i wycofanie postępowania egzekucyjnego. Jeśli dotrzymają warunków umowy, po roku będą mogli negocjować umorzenie 25 procent całości zadłużenia, a w następnym roku kolejnych 25 proc. Dopiero po 4 latach solidnego płacenia dłużnicy mogą liczyć na wykreślenie z czarnej listy.

Każdy wniosek składany przez kłopotliwego klienta jest rozpatrywany indywidualnie, ale największe szanse na ewentualne umorzenie zaległości mają łodzianie żyjący w trudnych warunkach materialnych.
Wnioski do wypełnienia można odbierać od wtorku w siedzibie ŁZE przy ul. Tuwima.

Autor artykułu: (mp.)

Nowe gimnazja na nowy rok szkolny

Saturday, August 31st, 2002

Rozpoczęcie roku szkolnego to dobra okazja do otwierania nowych obiektów oświatowych. W województwie łódzkim przybędzie 8 nowych gimnazjów, 3 szkoły podstawowe oraz jedno liceum ogólnokształcące.

Po sześciu latach od rozpoczęcia budowy udało się skończyć w tym roku budynek podstawówki w Kliczkowie Wielkim (gmina Brzeźnio). Kilka lat temu skończyły się dotacje państwowe na tę inwestycję. Kiedy rozpoczynano roboty, podstawówki były jeszcze ośmioletnie, potem skrócono je do lat sześciu.

Okazało się wówczas, że zaprojektowany budynek jest za duży. Nie było czasu na zmiany w projektach. Dlatego dzieci będą się uczyć tylko na parterze. Pierwsze piętro pozostanie puste.

Natomiast gimnazjum w Goszczanowie umieszczone zostanie w budynku, w którym pierwotnie mieścić się miał… pawilon handlowy, należący do gminnej spółdzielni. Plany zmieniono trzy lata temu, kiedy okazało się, że trzeba w tym mieście zorganizować gimnazjum.

Nowe siedziby gimnazjów otwarte zostaną także w Szczercowie, Topoli Królewskiej, Szczawinie, Tuszynie Lesie (tam do istniejącej podstawówki dobudowano pawilon), Gruszczycach, Brzeźniu i Piotrkowie Trybunalskim. W nowych podstawówkach uczyć się będą dzieci ze wspomnianego Kliczkowa Wielkiego, a także Kruszewca i Brzeźnia. Nowe lokum zyskało również liceum ogólnokształcące w Tuszynie.

*****

Wojewódzka inauguracja nowego roku szkolnego odbędzie się w piotrkowskim Gimnazjum nr 5. Połączona zostanie z oddaniem do użytku nowej siedziby. Uczyć się w niej będzie ponad 700 uczniów w 30 klasach. W szkole mieści się szereg specjalistycznych pracowni i stołówka. W grudniu ma być gotowa duża hala sportowa.

Autor artykułu: (mj, rok)

Z trzeciej strony – Nie trąbić!

Saturday, August 31st, 2002

Platforma Obywatelska namawia do łamania obowiązującego prawa. Politycy tej partii zaapelowali wczoraj, aby we wtorek w południe wszyscy kierowcy zatrąbili na znak protestu przeciwko propozycji wprowadzenia winiet za korzystanie z dróg.

Chociaż sam nie jestem zwolennikiem winiet, to odradzam Czytelnikom trąbienie. Kodeks drogowy (art. 29.2.2.) zabrania bowiem „używania sygnału dźwiękowego na obszarze zabudowanym, chyba że jest to konieczne w związku z bezpośrednim niebezpieczeństwem”.

Wzywając kierowców do łamania przepisów, szef PO Maciej Płażyński stwierdził, że kolejny raz ktoś chce wyciągnąć pieniądze z naszej kieszeni i zrobić nas w konia. Tadeusz Jarmuziewicz, poseł PO z Komisji Infrastruktury, poparł swego szefa, nazywając winiety nowym publicznym haraczem.

Nie można wykluczyć, że obaj mają rację. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że Platforma składa się z polityków, którzy wcześniej byli w Unii Wolności, AWS i innych partiach. Jako prominentni działacze tych partii rządzili Polską z niewielkimi przerwami od 1989 roku. Niech więc teraz powiedzą, ile kilometrów autostrad wybudowali, ile dróg zmodernizowali, ile wyremontowali? Na co przez te wszystkie lata szedł podatek drogowy, najpierw pobierany w formie oddzielnych wpłat, a potem włączony przez nich w cenę benzyny?

Więc jak tylko odpowiedzą na powyższe pytania, to sam w tym miejscu wezwę wszystkich kierowców do trąbienia przeciw winiecie. A na razie niech nie udają dziewic politycznych, tylko dlatego, że założyli sobie nową partię.

Autor artykułu: Jerzy Witaszczyk

Wystarczy wiatru na elektrownię

Friday, August 30th, 2002

Szesnaście potężnych wiatraków prądotwórczych stanie pod Kamieńskiem (pow. radomszczański) na dwustumetrowej górze usypanej przez bełchatowską kopalnię. Takie są wstępne prognozy po zakończeniu rocznych badań kierunku i siły wiatrów występujących w tym regionie.

– Pomiary potwierdziły nasze oczekiwania – mówi Mateusz Gawdzik z firmy Termall, zainteresowanej przedsięwzięciem. – To pozwala na uruchomienie elektrowni wykorzystującej wiatr.

Moc każdego z kilkunastu wiatraków wyniosłaby 2 megawaty. Turbiny o takiej mocy są najsprawniejsze, a ponadto im większa moc jednego urządzenia, tym mniejszy koszt całości – mówią fachowcy.

Budową elektrowni na stokach wzniesienia, oprócz Termallu, zainteresowane są Elektrownia Bełchatów SA, Elektrownie Szczytowo-Pompowe i Zakład Energetyczny Łódź-Teren.
Firmy te podpisały już wcześniej list intencyjny w sprawie powołania spółki.

Autor artykułu: (mb)

Łapówka ukryta w działce

Friday, August 30th, 2002

Sąd Rejonowy w Łodzi aresztował wczoraj 56-letniego Lecha M., dyrektora Izby Skarbowej w Łodzi. Zarzuca mu się przyjęcie łapówki od rodziny znanych łódzkich biznesmenów, produkujących m.in. klej. Został zatrzymany wczoraj rano przez Centralne Biuro Śledcze.

Według prokuratury, Lech M. obiecał rodzinie G. pomoc w wydaniu korzystnych dla niej decyzji w postępowaniu odwoławczym przed Urzędem Kontroli Skarbowej – firma rodziny G. miała zapłacić 6,8 mln zł podatku dochodowego z odsetkami. Na poczet tej obietnicy Lech M. miał wziąć zakamuflowaną łapówkę w wysokości co najmniej 87 tys. zł.

Kamuflaż polegał na tym, że działkę w willowej dzielnicy kupiła podstawiona osoba ze Szczecina za 380 tys. zł, tymczasem biegły wycenił wartość działki na 293 tys. zł. Zdaniem policji, szef łódzkiej skarbówki wziął łapówkę, ale z obietnicy pomocy się nie wywiązał. Rodzina G. została zatrzymana w kwietniu pod zarzutem wyłudzenia zwrotu wielomilionowego podatku VAT i od osób fizycznych.

Lechowi M. prokuratura postawiła już wcześniej zarzuty ukrywania majątku w latach 1998-2001. Okazało się, że ma on kilkaset tysięcy złotych na lokatach bankowych, o których nie wspomniał w oświadczeniu majątkowym. Nie wyjaśnił też, jak zarobił te pieniądze.

Miesiąc temu Lech M. próbował popełnić samobójstwo. Wczoraj został zbadany przez psychiatrę i kardiologa, którzy ocenili jego stan zdrowia jako dobry.

Jak twierdzi policja, sprawa przeciwko zorganizowanej grupie przestępczej zajmującej się m.in. korumpowaniem wysokich urzędników państwowych nie skończy się na zarzutach postawionych Lechowi M. Zatrzymane zostaną kolejne osoby.

Policja sprawdza też, czy w innych przypadkach nie wykorzystano w Łodzi mechanizmu ukrywania łapówek przez zawyżanie cen transakcyjnych nieruchomości.

Autor artykułu: (maj, sj)

Oszustwo czy „majstersztyk”

Thursday, August 29th, 2002

Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie działalności łodzianina Marcina D., który udziela nieoprocentowanych pożyczek. Na początku sierpnia opisaliśmy przypadek kobiety, która straciła mieszkanie warte 90 tysięcy zł, ponieważ spóźniła się kilka dni ze spłatą pożyczki wartej trzykrotnie mniej.

Teraz Marcin D. stał się właścicielem działki i domu o powierzchni 120 metrów kwadratowych, wartości 200 tys. zł. Z naszych informacji wynika, że nie zapłacił za niego ani złotówki, a nieruchomość przejął notarialnie dzięki niewielkiej zwłoce w spłacie jednej raty i bardzo umiejętnie sformułowanej umowie z pożyczkobiorcą.

Marcin D. w lutym i marcu pożyczył Krzysztofowi W. 25 tys. zł. Teoretycznie była to pożyczka nieoprocentowana, ale gdyby dłużnik nie zwrócił jej po miesiącu, za każdy dzień zwłoki musiałby zapłacić 10 procent kwoty.

Zabezpieczeniem pożyczki było ustanowienie hipoteki na nieruchomości na rzecz Marcina D., a także sporządzone u notariusza pełnomocnictwo do sprzedaży nieruchomości, gdyby Krzysztof D. nie oddał pożyczki w terminie.

Spóźnił się o kilka dni z jedną ratą. Marcin D. sprzedał nieruchomość… sam sobie i, zgodnie z prawem, jest jej właścicielem.

Na razie nie może jej odsprzedać z dwóch powodów: ponieważ Krzysztof W. i jego konkubina nie chcą się z domu wyprowadzić, a prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie domniemanego oszustwa i wprowadzenia w błąd właściciela nieruchomości.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się jednak, że śledztwo będzie umorzone. Otwarta zostanie jedynie sprawa domniemanych oszustw przez prowadzenie działalności parabankowej i niepłacenia od nich podatku urzędowi skarbowemu.

Autor artykułu: (sj)

Ani Command, ani Control

Wednesday, August 28th, 2002

Tę pompę z sierpnia ubiegłego roku widziała cała Polska. Na uroczyste otwarcie najnowocześniejszego w Polsce Systemu Wspomagania Dowodzenia (Command and Control) przyjechał do Komendy Miejskiej Policji w Łodzi minister spraw wewnętrznych, komendant główny policji i rzesze lokalnych polityków.

Skomplikowany i drogi system miał praktycznie nie dawać szans przestępcom. Sprawdziliśmy, jak działa po roku. Jak się okazuje, firma Optimus nie zakończyła jeszcze prac nad nim(!), a działanie Command and Control to obiekt posępnych kpin łódzkich funkcjonariuszy.

Piękne gładzie gipsowe

Łódzki Command and Control kosztował podatnika kilkadziesiąt milionów złotych. Złośliwi policjanci z „miejskiej” twierdzą, że bardzo dobrze, że zbudowano ten system, bo dzięki temu na części pierwszego i drugiego piętra komendy przy ul. Sienkiewicza zamiast odrapanych ścian są piękne gładzie gipsowe. Dla wielu z nich na tym kończą się udogodnienia. Na pytania o System Wspomagania Dowodzenia oficjalnie nie chce odpowiadać żaden policjant.

Wszyscy odsyłają do rzecznika prasowego albo mówią wprost – nie powiem, bo chcę pracować. Po komendzie krąży nawet anegdota, że teraz przez telefon nie rozmawia się o ważnych sprawach, bo nie bardzo command, ale za to control.
Rok temu system olśnił jednak osoby, które były na otwarciu, monitorami, ekranami i techniką na miarę XXI wieku.

Ślepy satelita a sabotaż

W założeniu dzięki systemowi oficer dyżurny w każdej chwili wie, gdzie są radiowozy i może wysłać najbliższą załogę, która w mgnieniu oka powinna przystąpić do interwencji.

Takie są zalety nadzorowania radiowozów przez satelitarny system GPS. W praktyce o położeniu radiowozów lepiej wiedzą przestępcy niż oficer dyżurny. Na przykład cywilne wozy kompanii wywiadowczej otrzymały tajne kolory – fioletowy, seledynowy i lilaróż. Pozostałe cywilne wozy działające w systemie command and control mają na dachach przytwierdzone urządzenia GPS. Nawet laik domyśli się, jakie jest przeznaczenie wozu.

Jak twierdzą nasi rozmówcy, GPS nie działa we wszystkich wozach, chociaż jest zamontowany. Podobno system szwankuje.
Jeszcze przed jego wprowadzeniem jeden z odpowiedzialnych oficerów przyznał, że GPS może nie uwzględniać lokalnych realiów (np. dróg jednokierunkowych albo zablokowanych przez remonty) i droga widziana z orbity może być dłuższa niż ta wybrana przez policjanta jadącego radiowozem.

Satelitarny nadzór nad radiowozami nie jest sprawny. Jeden z funkcjonariuszy opowiada, że dyżurny wysłał go na peryferia i upierał się, że radiowóz dotarł na miejsce i wystarczyło wysiąść, żeby znaleźć pokrzywdzonego. Okazało się, że czekał kilkaset metrów dalej.

GPS działa podobno z dokładnością do kilku metrów. – Może, ale nie w naszych radiowozach – żartują policjanci.
Przy okazji GPS wyszła jeszcze jedna sprawa, o której głośno nikt nie mówi, a wszyscy wiedzą – sabotaż w policji.

Sprawny GPS w samochodzie oznacza, że oficer dyżurny zawsze wie, gdzie dokładnie jest radiowóz. Przez to funkcjonariusze nie mogą w czasie służby załatwić żadnej prywatnej sprawy albo posiedzieć sobie przy kawie na stacji benzynowej. Więc anteny i instalacje, które pozwalają satelicie zlokalizować radiowóz, psują się często w tajemniczych okolicznościach. Czy robią to sami policjanci?

– Żadnego funkcjonariusza za rękę nie złapałem – mówi młodszy inspektor Jan Feja, rok temu odpowiedzialny za wprowadzanie Command and Control, a w tej chwili p.o. komendant miejski policji w Łodzi.

Pentium na czapki

Policjanci powiedzieli nam, że łódzkie radiowozy działające w C&C miały komputery tylko raz – w dniu otwarcia systemu 20 sierpnia ubiegłego roku. Ale i tak działało wtedy tylko kilka z nich. Reszta tylko udawała sprawny sprzęt. Podobno oficjelom i dziennikarzom pokazano te wybrane. Na pytanie, gdzie mają laptopy, policjanci śmieją się, że w magazynie, żeby się nie zakurzyły albo nie potłukły. Z naszych informacji wynika, że podczas szkoleń udawało się zalogować do systemu zaledwie co trzeci komputer. Na pozostałych można było najwyżej układać pasjans.

– Chcecie zobaczyć, do czego służą pulpity pod komputery? – pyta jeden z funkcjonariuszy. – Wieszamy na nich czapki.

– Ale mieliście mieć na ekranie zdjęcia poszukiwanych przestępców.

– Mamy – odpowiada policjant.

– Jak dostaniemy zdjęcie, kładziemy je na podstawkę komputera. I tak cały czas mamy bandytę przed oczami.

Zapomnieli o kablach

Komputer w radiowozie miał pomóc w szybkim załatwieniu formalności na miejscu zdarzenia. Dlatego w pamięci miały być wzory protokołów. Policjant miał je tylko wypełnić i sprawa załatwiona. Komputer miał też dawać szybki i bezpośredni dostęp do policyjnych baz danych.

– Uczciwie trzeba przyznać, że to działa, ale tylko w komisariatach – mówi jeden z policjantów. – Kiedy wpisze się PESEL kierowcy, na ekranie są wszystkie jego dane i zdjęcie. Gdybyśmy to mieli w radiowozach, byłoby wspaniale. Nie mamy, więc o wszystko pytamy przez radio. Dziesięć lat temu też tak było i wcale nie było gorzej.

Policjanci pracujący na ulicy szybko dostrzegli to, co umknęło uwadze odpowiedzialnych za wdrożenie systemu oficerów i informatyków. Komputer w założeniu miał działać nie tylko w radiowozie, ale też podczas interwencji. Nie działa, bo nowoczesne radiostacje mają możliwość przesyłu danych, ale policjanci nie mają… kilkunastocentymetrowego kabla łączącego je z komputerem, nie mówiąc o torbach. Nikt nie potrafi też wyobrazić sobie (oprócz pomysłodawców), jak policjant uzbrojony w strzelbę (trzeba trzymać oburącz), pałkę, kajdanki i radiostacje ma jeszcze nosić komputer.

– Chyba pod pachą – mówi jeden z funkcjonariuszy.

– Jeśli mam na melinie kilku oprychów, to muszę zostawić kolegę samego i po kolei prowadzić podejrzanych do radiowozu, żeby sprawdzić ich tożsamość albo wezwać na pomoc drugi radiowóz. To jakiś absurd – komentuje inny policjant.

Funkcjonariusze nie mogliby zostawić laptopów w radiowozie, bo są za drogie, a zamontowano je tak, że wystarczy wybić szybę i wyrwać z pulpitu. Leży wpięty przed dysponentem radiowozu. Według policjantów wygodniej byłoby zamontować go niżej, np. w schowku w wysuwanej szufladzie. Takie szuflady na drukarki do komputerów zamontowano w bagażnikach. Niepotrzebnie, bo drukarek też nie ma.

Mł. insp. Jan Feja w rozmowie z nami przyznał, że żaden (!) z radiowozów z tak zwanego pogotowia policyjnego nie ma do tej pory zamontowanego laptopa. Pracują nad tym specjaliści z Optimusa.

Szybciej, czyli wolniej

Dla zwykłego obywatela Command and Control miał oznaczać szybszy przyjazd policji na miejsce przestępstwa. Według zapewnień, miało to być od 3 do 8 minut na całym terenie Łodzi od momentu telefonicznego zgłoszenia. Na policję trzeba jednak czekać około 20 minut, tak jak kiedyś, chociaż połączyć się z numerem 997 czy 112 jest dużo łatwiej. Dlaczego czas przyjazdu policji na miejsce zdarzenia nie uległ skróceniu? Okazało się, że po uruchomieniu systemu policja dostaje prawie dwa razy więcej informacji o przestępstwach i wykroczeniach popełnianych w Łodzi. Winny jest tu nie wzrost przestępczości ani łatwość dodzwonienia się do oficera dyżurnego. Kiedyś policjanci przyjmujący zgłoszenie o hałaśliwym sąsiedzie nie musieli na nie reagować, po prostu udawali, że nie ma problemu. Teraz każde zgłoszenie jest zapisywane przez komputer i do każdego trzeba wysłać radiowóz.

Za bardzo ukryta kamera

Kolejnym plusem systemu miały być kamery umieszczone w ważnych punktach miasta. Już we wrześniu było ich 28, a docelowo ma być ponad 60. Dzięki nim oficerowie z centrum dowodzenia widzą, co się dzieje w wybranych miejscach.

Od tego czasu na jednym ze skrzyżowań złodzieje obrabowali posłankę. Kamera tego nie zarejestrowała, bo drzewa zasłaniały obiektyw. W innym miejscu przestępcy napadli na kantor, a kamera także tego nie nagrała, chociaż była tuż obok. Nie działała.

Jako pożytek z funkcjonowania kamer przedstawiano przypadek odzyskania skradzionego BMW. Kamera, owszem, nagrała złodziei, ale tylko na odcinku kilkudziesięciu metrów.

Gdyby nie jadący za nimi policjant w cywilnym wozie i podający przez telefon położenie przestępców, złodzieje uciekliby.

W sierpniu 2001 roku, w dziesięć dni po otwarciu systemu Command and Control pisaliśmy:

„Policjanci chwalą nowe wygodne i szybkie radiowozy, a nade wszystko łączność. Na razie policjanci tylko się słyszą, ale nie mogą przesyłać danych i łączyć się bezpośrednio z policyjnymi komputerami. Ale to ma się już wkrótce zmienić.”
Nic się nie zmieniło. Bywa, że radiowozy słyszą się wzajemnie, ale głos dyżurnego do nich nie dociera.

4 lipca 2002 roku, prawie rok po oficjalnym uruchomieniu systemu, Optimus rozpoczął w Komendzie Miejskiej Policji w Łodzi procedurę odbioru końcowego Command and Control. Potrwa kilka miesięcy. A może dłużej…

Autor artykułu: Sławomir Jastrzębowski, Marek Juśkiewicz

Blok drogi, ale wzorcowy

Wednesday, August 28th, 2002

Andrzej Honczak mieszkał z rodziną w kamienicy przy ul. Kilińskiego. Nie doczekał się przydziału mieszkania z zasobów gminnych, ale zdołał uskładać 34 tysiące zł (25 procent kosztów budowy) i wpłacił je do Powszechnego Towarzystwa Budownictwa Społecznego „Pomorska”.

– Mam dwoje malutkich dzieci i nie chciałem, żeby mieszkały w zagrzybionym, rozpadającym się domu – wspomina.

Za uskładaną sumę otrzymał dwupokojowe mieszkanie. Przed podpisaniem umowy musiał też wpłacić kaucję, czyli 12-krotność czynszu. Nie jest to mało przy założeniu, że mieszkania TBS są przeznaczone dla ludzi niezbyt majętnych.

– Samo mieszkanie daje mi sporo zadowolenia, mniej cieszą mnie opłaty za jego użytkowanie. Oprócz czynszu, płacę tyle samo za ogrzewanie i ciepłą wodę, co daje kwotę około 700 zł miesięcznie za 57 metrów kwadratowych – mówi Andrzej Honczak.

Mieszkańcy PTBS „Pomorska” żalą się, że za ciepłą wodę płacą najdrożej w Łodzi, podobnie za ogrzewanie.

– Mam małe dziecko i to, że mieszkam w otoczeniu zieleni w ładnym bloku, bardzo mi odpowiada – mówi Magdalena Walczak. – Prawie każdy lokator ma samochód, więc zakupy robimy w mieście, a podstawowe produkty typu chleb i masło w sklepiku, który mieści się na parterze bloku. Chciałabym jednak mniej płacić za użytkowanie mieszkania.

Według Mariana Wdowiaka, prezesa PTBS „Pomorska”, nie jest to możliwe.

– Blok przy ul. Marynarzy Polskich dla 110 rodzin wybudowaliśmy wzorcowo – mówi Marian Wdowiak.

– Są parkingi, plac zabaw, wybrukowane ścieżki dojazdowe, własna kotłownia. Do tej pory mieszkańcy płacili 6,88 zł za metr kw. Niestety, blok obciążony jest kredytem, którego raty wyraźnie wzrosną od października. Efektem będą opłaty rzędu 7,36 zł za metr kwadratowy. O podwyżce zadecydują w środę radni. Wiem, że opłaty są znaczące, ale trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że mieszkania TBS są przeznaczone dla ludzi średnio zamożnych, a nie biednych. Najlepiej, gdy na jedną osobę w gospodarstwie przypada 800 – 1000 zł dochodu miesięcznie. Umowę podpisujemy na 30 lat. Gdy najemcy nie płacą czynszu i są przez nas eksmitowani, nie mają prawa do zwrotu wpłaconych pieniędzy. Gdy natomiast płacą regularnie i w którymś momencie chcą się wyprowadzić, wskazują następcę, od którego pobierają wpłaconą przez siebie kwotę. W ten sposób nic nie tracą.

Najbliższe plany PTBS „Pomorska” to budowa kolejnych bloków z 213 mieszkaniami.

– Jeszcze w październiku rozpoczniemy stawianie trzech bloków po 16 mieszkań w każdym. Ich budowę zakończymy w 2003 r. – mówi Marian Wdowiak.

Bloki zostaną zbudowane w obrębie ulic Lęborskiej i Gryfa Pomorskiego, blisko ul. Pomorskiej. W drugim etapie powstaną też bloki z 90 i 75 mieszkaniami. Wszystkie będą miały piwnice, trzyszybowe okna, zatoki parkingowe, place zabaw dla dzieci i trawniki.

Chętnych do zamieszkania w budynkach pobudowanych przez Towarzystwa Budownictwa Społecznego jest sporo.

Zainteresowane są nimi zwłaszcza młode rodziny z dziećmi.

– To jedyna szansa na mieszkanie po ludzku – mówi Wanda G., mieszkanka PWTBS. – Szkoda tylko, że opłaty są tak wysokie. Za ogrzanie metra sześciennego wody płacimy prawie 10 zł plus stała opłata 7 zł od każdego członka rodziny. Nikt nie potrafi nam powiedzieć, dlaczego tak dużo.

Autor artykułu: (jxb)