Tę pompę z sierpnia ubiegłego roku widziała cała Polska. Na uroczyste otwarcie najnowocześniejszego w Polsce Systemu Wspomagania Dowodzenia (Command and Control) przyjechał do Komendy Miejskiej Policji w Łodzi minister spraw wewnętrznych, komendant główny policji i rzesze lokalnych polityków.
Skomplikowany i drogi system miał praktycznie nie dawać szans przestępcom. Sprawdziliśmy, jak działa po roku. Jak się okazuje, firma Optimus nie zakończyła jeszcze prac nad nim(!), a działanie Command and Control to obiekt posępnych kpin łódzkich funkcjonariuszy.
Piękne gładzie gipsowe
Łódzki Command and Control kosztował podatnika kilkadziesiąt milionów złotych. Złośliwi policjanci z „miejskiej” twierdzą, że bardzo dobrze, że zbudowano ten system, bo dzięki temu na części pierwszego i drugiego piętra komendy przy ul. Sienkiewicza zamiast odrapanych ścian są piękne gładzie gipsowe. Dla wielu z nich na tym kończą się udogodnienia. Na pytania o System Wspomagania Dowodzenia oficjalnie nie chce odpowiadać żaden policjant.
Wszyscy odsyłają do rzecznika prasowego albo mówią wprost – nie powiem, bo chcę pracować. Po komendzie krąży nawet anegdota, że teraz przez telefon nie rozmawia się o ważnych sprawach, bo nie bardzo command, ale za to control.
Rok temu system olśnił jednak osoby, które były na otwarciu, monitorami, ekranami i techniką na miarę XXI wieku.
Ślepy satelita a sabotaż
W założeniu dzięki systemowi oficer dyżurny w każdej chwili wie, gdzie są radiowozy i może wysłać najbliższą załogę, która w mgnieniu oka powinna przystąpić do interwencji.
Takie są zalety nadzorowania radiowozów przez satelitarny system GPS. W praktyce o położeniu radiowozów lepiej wiedzą przestępcy niż oficer dyżurny. Na przykład cywilne wozy kompanii wywiadowczej otrzymały tajne kolory – fioletowy, seledynowy i lilaróż. Pozostałe cywilne wozy działające w systemie command and control mają na dachach przytwierdzone urządzenia GPS. Nawet laik domyśli się, jakie jest przeznaczenie wozu.
Jak twierdzą nasi rozmówcy, GPS nie działa we wszystkich wozach, chociaż jest zamontowany. Podobno system szwankuje.
Jeszcze przed jego wprowadzeniem jeden z odpowiedzialnych oficerów przyznał, że GPS może nie uwzględniać lokalnych realiów (np. dróg jednokierunkowych albo zablokowanych przez remonty) i droga widziana z orbity może być dłuższa niż ta wybrana przez policjanta jadącego radiowozem.
Satelitarny nadzór nad radiowozami nie jest sprawny. Jeden z funkcjonariuszy opowiada, że dyżurny wysłał go na peryferia i upierał się, że radiowóz dotarł na miejsce i wystarczyło wysiąść, żeby znaleźć pokrzywdzonego. Okazało się, że czekał kilkaset metrów dalej.
GPS działa podobno z dokładnością do kilku metrów. – Może, ale nie w naszych radiowozach – żartują policjanci.
Przy okazji GPS wyszła jeszcze jedna sprawa, o której głośno nikt nie mówi, a wszyscy wiedzą – sabotaż w policji.
Sprawny GPS w samochodzie oznacza, że oficer dyżurny zawsze wie, gdzie dokładnie jest radiowóz. Przez to funkcjonariusze nie mogą w czasie służby załatwić żadnej prywatnej sprawy albo posiedzieć sobie przy kawie na stacji benzynowej. Więc anteny i instalacje, które pozwalają satelicie zlokalizować radiowóz, psują się często w tajemniczych okolicznościach. Czy robią to sami policjanci?
– Żadnego funkcjonariusza za rękę nie złapałem – mówi młodszy inspektor Jan Feja, rok temu odpowiedzialny za wprowadzanie Command and Control, a w tej chwili p.o. komendant miejski policji w Łodzi.
Pentium na czapki
Policjanci powiedzieli nam, że łódzkie radiowozy działające w C&C miały komputery tylko raz – w dniu otwarcia systemu 20 sierpnia ubiegłego roku. Ale i tak działało wtedy tylko kilka z nich. Reszta tylko udawała sprawny sprzęt. Podobno oficjelom i dziennikarzom pokazano te wybrane. Na pytanie, gdzie mają laptopy, policjanci śmieją się, że w magazynie, żeby się nie zakurzyły albo nie potłukły. Z naszych informacji wynika, że podczas szkoleń udawało się zalogować do systemu zaledwie co trzeci komputer. Na pozostałych można było najwyżej układać pasjans.
– Chcecie zobaczyć, do czego służą pulpity pod komputery? – pyta jeden z funkcjonariuszy. – Wieszamy na nich czapki.
– Ale mieliście mieć na ekranie zdjęcia poszukiwanych przestępców.
– Mamy – odpowiada policjant.
– Jak dostaniemy zdjęcie, kładziemy je na podstawkę komputera. I tak cały czas mamy bandytę przed oczami.
Zapomnieli o kablach
Komputer w radiowozie miał pomóc w szybkim załatwieniu formalności na miejscu zdarzenia. Dlatego w pamięci miały być wzory protokołów. Policjant miał je tylko wypełnić i sprawa załatwiona. Komputer miał też dawać szybki i bezpośredni dostęp do policyjnych baz danych.
– Uczciwie trzeba przyznać, że to działa, ale tylko w komisariatach – mówi jeden z policjantów. – Kiedy wpisze się PESEL kierowcy, na ekranie są wszystkie jego dane i zdjęcie. Gdybyśmy to mieli w radiowozach, byłoby wspaniale. Nie mamy, więc o wszystko pytamy przez radio. Dziesięć lat temu też tak było i wcale nie było gorzej.
Policjanci pracujący na ulicy szybko dostrzegli to, co umknęło uwadze odpowiedzialnych za wdrożenie systemu oficerów i informatyków. Komputer w założeniu miał działać nie tylko w radiowozie, ale też podczas interwencji. Nie działa, bo nowoczesne radiostacje mają możliwość przesyłu danych, ale policjanci nie mają… kilkunastocentymetrowego kabla łączącego je z komputerem, nie mówiąc o torbach. Nikt nie potrafi też wyobrazić sobie (oprócz pomysłodawców), jak policjant uzbrojony w strzelbę (trzeba trzymać oburącz), pałkę, kajdanki i radiostacje ma jeszcze nosić komputer.
– Chyba pod pachą – mówi jeden z funkcjonariuszy.
– Jeśli mam na melinie kilku oprychów, to muszę zostawić kolegę samego i po kolei prowadzić podejrzanych do radiowozu, żeby sprawdzić ich tożsamość albo wezwać na pomoc drugi radiowóz. To jakiś absurd – komentuje inny policjant.
Funkcjonariusze nie mogliby zostawić laptopów w radiowozie, bo są za drogie, a zamontowano je tak, że wystarczy wybić szybę i wyrwać z pulpitu. Leży wpięty przed dysponentem radiowozu. Według policjantów wygodniej byłoby zamontować go niżej, np. w schowku w wysuwanej szufladzie. Takie szuflady na drukarki do komputerów zamontowano w bagażnikach. Niepotrzebnie, bo drukarek też nie ma.
Mł. insp. Jan Feja w rozmowie z nami przyznał, że żaden (!) z radiowozów z tak zwanego pogotowia policyjnego nie ma do tej pory zamontowanego laptopa. Pracują nad tym specjaliści z Optimusa.
Szybciej, czyli wolniej
Dla zwykłego obywatela Command and Control miał oznaczać szybszy przyjazd policji na miejsce przestępstwa. Według zapewnień, miało to być od 3 do 8 minut na całym terenie Łodzi od momentu telefonicznego zgłoszenia. Na policję trzeba jednak czekać około 20 minut, tak jak kiedyś, chociaż połączyć się z numerem 997 czy 112 jest dużo łatwiej. Dlaczego czas przyjazdu policji na miejsce zdarzenia nie uległ skróceniu? Okazało się, że po uruchomieniu systemu policja dostaje prawie dwa razy więcej informacji o przestępstwach i wykroczeniach popełnianych w Łodzi. Winny jest tu nie wzrost przestępczości ani łatwość dodzwonienia się do oficera dyżurnego. Kiedyś policjanci przyjmujący zgłoszenie o hałaśliwym sąsiedzie nie musieli na nie reagować, po prostu udawali, że nie ma problemu. Teraz każde zgłoszenie jest zapisywane przez komputer i do każdego trzeba wysłać radiowóz.
Za bardzo ukryta kamera
Kolejnym plusem systemu miały być kamery umieszczone w ważnych punktach miasta. Już we wrześniu było ich 28, a docelowo ma być ponad 60. Dzięki nim oficerowie z centrum dowodzenia widzą, co się dzieje w wybranych miejscach.
Od tego czasu na jednym ze skrzyżowań złodzieje obrabowali posłankę. Kamera tego nie zarejestrowała, bo drzewa zasłaniały obiektyw. W innym miejscu przestępcy napadli na kantor, a kamera także tego nie nagrała, chociaż była tuż obok. Nie działała.
Jako pożytek z funkcjonowania kamer przedstawiano przypadek odzyskania skradzionego BMW. Kamera, owszem, nagrała złodziei, ale tylko na odcinku kilkudziesięciu metrów.
Gdyby nie jadący za nimi policjant w cywilnym wozie i podający przez telefon położenie przestępców, złodzieje uciekliby.
W sierpniu 2001 roku, w dziesięć dni po otwarciu systemu Command and Control pisaliśmy:
„Policjanci chwalą nowe wygodne i szybkie radiowozy, a nade wszystko łączność. Na razie policjanci tylko się słyszą, ale nie mogą przesyłać danych i łączyć się bezpośrednio z policyjnymi komputerami. Ale to ma się już wkrótce zmienić.”
Nic się nie zmieniło. Bywa, że radiowozy słyszą się wzajemnie, ale głos dyżurnego do nich nie dociera.
4 lipca 2002 roku, prawie rok po oficjalnym uruchomieniu systemu, Optimus rozpoczął w Komendzie Miejskiej Policji w Łodzi procedurę odbioru końcowego Command and Control. Potrwa kilka miesięcy. A może dłużej…
Autor artykułu: Sławomir Jastrzębowski, Marek Juśkiewicz